goniac-za-praca

O trudach poszukiwań.

Wpisy z okresu: 6.2013

Pomysł na tę notkę kreował się w mojej głowie od jakiegoś czasu…

Mocniej zaczęłam się nad tym zastanawiać w okresie pierwszego długiego majowego weekendu. Nad tym, czyli nie nad sensem istnienia płacy minimalnej czy jej wysokością, tylko nad motywami, które kierują przedstawicielami związków zawodowych wygłaszających swoje „n-i-e-s-a-m-o-w-i-t-e” pomysły w tej kwestii. Głównie dało się coś na ten temat usłyszeć w mediach 1. maja, w Święto Pracy.

[Jako osoba bezrobotna nie obchodziłam tego święta, bo z jakiej racji miałabym obchodzić ten dzień i świętować  z okazji czegoś, czego nie mam, co mnie nie dotyczy?

A tak swoją drogą, przynajmniej połowa Polaków powinna móc obchodzić swoje dni: Święto Zlecenia, Święto Dzieła. Skoro osób zatrudnionych na umowy cywilnoprawne nie wiąże z przełożonym stosuenk pracy, powinny być i dla nich przewidziane osobne święta…

Oczywiście, to miało mieć raczej charakter ironiczny (nie wiem, czy mi to wyszło). Chciałam tym zwrócić uwagę na to, że 1. maja dotyczy może z 45-50% siły roboczej w naszym kraju.]

Wracając… Co dało się usłyszeć wtedy w mediach? Różne postulaty, a wśród nich żądania przedstawicieli związków zawodowych do podniesienia minimalnego wynagrodzenia…

[Czymże jest ta pensja minimalna? Najniższa możliwa kwota brutto, na którą może liczyć osoba zatrudniona na umowę o pracę na pełen etat. Obecnie wynosi ona 1600 zł., wraz z początkiem bieżącego roku wzrosła o 100 zł.]

Kiedy słyszę tak durnowate pomysły, jak ten przytocozny wyżej, to złość się we mnie wzbiera…

Nie mogę zrozumieć, co popycha ludzi do proponowania czegoś takiego. Głupota? Niewiedza? Ślepa wiara, że pracodawcy swoim kosztem podniosą pensje pracownikom? A może chęć przypodobania się opinii publicznej i nieświadomej konsekwencji takiej decyzji części społeczeństwa? A no tak, obawiam się, że chodzi o tę ostatnią opcję…

Jak ktoś, kto rzekomo występuje w imieniu pracowników, może wymagać czegoś tak dla nich niekorzystnego?

Jakie mogą być skutki podniesienia płacy minimalnej?

1. Zwiększenie bezrobocia.

Pracodawcy dysponujący określoną sumą pieniędzy na wynagrodzenia, nie chcąc zwiększać kosztów prowadzenia działalności, podziękują za współpracę części załogi. I w ten sposób może i częśc osób uzyska większy zarobek, ale z dużym prawdopodobieństwem będzie też musiała wykonywać obowiązki osób zwolnionych. A ci dołączą – do i tak sporego już – grona bezrobotnych.

2. Zwiększony odsetek umów śmieciowych

Pracodawcy, którzy po podwyższeniu płacy minimalnej, nie byliby w stanie zatrudniać na umowę o pracę, mogliby proponować nowym pracownikom umowy zlecenia lub o dzieło (a obecnym rozwiązanie umowy o pracę i przejście na umowę cywilnoprawną). I tak rynek jest już mniej więcej w połowie pokryty przez tego typu umowy, więc po co jeszcze poszerzać tę strefę umów śmieciowych?

A propos strefy…

3. Rozrost „szarej strefy”

Nie stać kogoś na przyjęcie na umowę o pracę? Może w takim przypadku nie zatrudniać w ogóle. Taka możliwość istnieje, jednak myślę, że niewielu zatrudniających wcześniej na umowę o pracę zdecydowałoby sie na rezygnację z legalnej formy zatrudnienia. Prędzej wybraliby redukcję etatów lub przejście na inną umowę – takie jest moje zdanie. Jednak trzeba pamiętać, że i taka ewentualność jak większa ilość osób pracujących nielegalnie, może wystąpić.

Czy możliwe konsekwencje zmiany wysokości wynagrodzenia minimalnego (↑ w górę) byłyby korzystne dla pracowników? Oceńcie sami.

I niech ktoś mi powie, że ci ludzie działają na rzecz pracowników… Ciekawe…

Trochę o pracodawcach, możliwościach urzędów pracy, a na koniec dodam coś od siebie…

Pewnie niejednej osobie zarejestrowanej w urzędzie pracy przedstawiono jakąś ofertę stażu i wydano skierowanie do odbycia takowego. Początkowo wydało mi się to ciekawą opcją – jako osoba niedoświadczona uważałam, że udział w takim stażu jest dla mnie szansą. Na zdobycie doświadczenia, nowych umiejętności (i udoskonalenie tych już posiadanych) i oczywiście na jakiś zarobek. „Jakiś” jest tutaj dobrym określeniem. 816 złotych netto nie jest oszałamiającą kwotą – nie ukrywajmy. Jednakże przynajmniej płacą – w przeciwieństwie do praktyk i staży oferowanych przez korporacje i prywaciarzy, które w bardzo (niestety!) wielu przypadkach są nieodpłatne.

[Dlatego moim zdaniem jako wynagrodzenie za staż jest ono na dobrym poziomie – gdyby środki na to nie szły z puli publicznych pieniędzy, to na taką sumkę nie byłoby co liczyć. A dodatkowo jest to kwota jedynie o 400-500 złotych niższa niż to, co moglibyśmy zarobić pracując w innym miejscu – takie niestety są realia, że wiele osób zarabia w granicach 1000-1300 złotych na rękę miesięcznie.]

Po paru nieudanych próbach załapania się na taki staż z PUPu zaczęłam w to wszystko wątpić…

Skoro to staże są takim początkowym etapem ścieżki kariery zawodowej, to czemu głównymi powodami, dla których mi odmawiano był młody wiek i brak doswiadczenia?

Wraz z każdą nieudaną próbą moja wczesnobezrobotna naiwność zaczęła zanikać… Zrozumiałam, że to co miało być dla mnie szansą, jest zwykła fikcją.

Dlaczego?

Kasa, kasa, kasa…

Staż ten opłacany jest ze środków państwowych. Ot, cała filozofia. Pracodawca (chociaż nie zatrudnia nas, więc jest to nieodpowiednie słowo w tym przypadku) ponosi jedynie koszt badań lekarskich (coś około 100 złotych).

Ci „genialni” przedsiębiorcy szukają po prostu darmowych pracowników…  W ramach stażu poszukują osób, które wiele już potrafią i mają spore doświadczenie.

Jeśli z oferty, kóra ma być okazją do zdobycia doświadzczenia, korzystają ci takowe już posiadające, co w takim razie mają zrobić osoby będące w podobnej sytuacji do mnie?

Nie mam pretensji do ludzi, którzy są przyjmowani na te staże. Każdy chce pracować (nawet przez jakiś czas za taką stawkę). To nie ich wina, że tak przedstawia się sytuacja. Osobiście uważam to za niedopracowany element systemu.

Urzędy powinny móc stwarzać więcej możliwości skierowanych do różnych grup bezrobotnych.

Obecnie nie mają one wiele do zaoferowania – z rynku spływa znikoma część ofert. Pozostają więc prace interwencyjne i staże.

[Prace interwencyjne polegają na zawarciu z osobą bezrobotną umowy o pracę na 12-miesięcy. Umowa musi opiewać minimum na kwotę 1600 złotych brutto (płaca minimalna). Prawie 940 zł. tej sumy pokrywane jest z pieniędzy publicznych przez pierwsze 6 miesięcy trwania stosunku pracy.]

Chciałabym się skupić na stażach, a konkretnie jak by tę formę pomocy osobom bezrobotnym zdywersyfikować…

Myślę, że można by uzależnić poziom wkładu środków publicznych/ przedsiębiorstwa w wynagrodzenie stażysty, od jego doświadczenia zawodowego.

I tak mógłby się prezentować ten podział:

  • < 1 rok – 800zł/ 0 zł
  • 1-5 lat – 700/ 300
  • 5-10 lat – 600/ 600
  • > 10 lat – 500/ 900

Kolejno: doświadczenie zawodowe, wklad ze srodków publicznych w wynagrodzenie stażysty, wkład ze środków przedsiębiorstwa w wynagrodzenie stażysty.

Proponowane przeze mnie kwoty są kwotami netto. Najmniej doświadczeni mogliby otrzymać tyle samo, ile obecnie dostają stażyści zatrudnieni za pośrednictwem urzędu (oczywiście w rzezywistości jest to 816 zł. netto, ale dla uproszczenia i wygody przyjęłam okrągłe sumy).

Program dla pozostałych grup nazwałabym „pracami czasowymi” (określenie „staż” zachowałabym dla osób dopiero zdobywajacych doświadczenie). Trwałyby one również od 3 do 6 miesięcy, ale ze względu na większy dorobek zawodowy kandydatów, zrezygnowałabym z nazywania ich stażem.

Jednakw  przypadku „prac czasowych” pracodawcy musieliby współponosić koszty. Wykwalifikowanego pracownika nie można mieć za darmo. I – dodatkowo – im dana osoba większym doświadczeniem zawodowym może się poszczycić, tym większego zrobku oczekuje. Stąd również rosnący poziom wynagrodzenia.

Zdaję sobie sprawę, że moja propozycja może nie wydawać się zachwycająca. Stwarza jednak więcej możliwości. I mogłaby w jakimś stopniu ukrócić zapędy pracodawców do przyjmowania osób z dużym dorobkiem umiejętności w ramach stażu (co widoczne jest szczególnie w sezonie wakacyjnym, gdzie poszukują kandydatów na zastępstwo dla etatowych pracowników (co zdarzyć się nie powinno! – zatrudniony na etat nie może być zastępowany przez kogoś będącego na stażu)). A to wszystko za publiczne pieniądze… A! I – żeby było jasne – niewielu bezrobotnych po takim stażu zostaje zatrudnionych w miejscu, w ktorym ten staż odbywali. Co tylko potwierdza motywy przedsiębiorców: mieć dobrze wykonaną pracę, bez konieczności poświęcania większej uwagi stażyście (a przeciez to staże są od tego, żeby na nich przyuczać), i to za darmochę…

Pracodawca , chcący przyjąć osobę z dłuższym stażem pracy, musiałby w nią trochę zainwestować. Natomiast osoba dopiero wchodząca na rynek pracy, której zaproponowano odbycie takiego stażu, nie będzie musiała obawiać się, że polegnie na tym froncie z osobą z wieloletnim doświadczeniem.

Takiej różnorodności mi teraz brakuje.

Oddzwonimy do czwartku!

Brak komentarzy

Ile razy, słysząc dźwięk telefonu, zdarzało się, że serce zaczynało mocniej bić? To nadzieja…

Nadzieja, że nasza aplikacja się komuś spodobała i zechcieli zaprosić nas na kolejny etap rekrutacji. Jednak często to po prostu fałszywy alarm…

Ale co w takiej sytuacji, gdy już udało się pobić setki innych pracoposzukiwaczy i dostać zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną? Wtedy jest zadowolenie, radość bądź euforia (nasilenie odczuć jest wprost proporcjonalne do czasu, który musiał upłynąć pomiędzy kolejnymi tak wyczekiwanymi telefonami). Przygotowujemy się do rozmowy, idziemy, staramy się wypaść jak najlepiej…

Rozmowa dobiega końca. Zazwyczaj dostajemy możliwość zadania kilku pytań – grzechem byłoby zrezygnowanie z tego. I ja nie odmawiam. Zawsze pytam o termin otrzymania wyniku procesu rekrutacji oraz czy otrzymam informację zwrotną , gdy będzie ona dla mnie niekorzystna.

Myślę, że to obowiązkowe pytania. Zawsze lepiej wiedzieć i znać nawet niemiły dla nas fakt, ale jednak wiedzieć.

W sytuacji, kiedy pracodawca mówi, że poinformuje tylko w przypadku, gdy zakwalifikuję się dalej – sprawa jest dla mnie jasna. Jeśli do wskazanej godziny „0″ telefon milczy, nie dostałam się. Rozumiem, spoko. Jednak, gdy otrzymuję zapewnienie, że niezależnie od podjętej decyzji przekażą mi jakąś informację, a ja jej nie dostaję…

„- Do końca przyszłego tygodnia podejmiemy decyzję odnośnie przyjęcia na staż.

- Czy mogę spodziewać się informacji zwrotnej także, gdy będzie ona negatywna?

- Tak, oczywiście. Zadzwonimy.”

„- Zadzwonić możemy jeszcze dziś, jednak jeśli to nie nastąpi, najpóźniej do czwartku damy odpowiedź.

- Niezależnie czy będzie ona pozytywna czy negatywna?

- Tak.

- Dobrze, dziękuję.”

„- W takim razie proszę najpierw o przesłanie CV na adres jestempalantembo@przejrzenajpierwcvinatejpodstawiecieskresle.pl. Potem skontaktuję się z panią w celu wyznaczenia terminu rozmowy.

- Dobrze, wyślę CV jeszcze dzisiaj. Do widzenia.”

Jak się można domyślić – pomimo obietnicy kontaktu, ani nie zadzwonił telefon, ani na maila nie przyszła wiadomość…

Mieszają się wówczas różne odczucia… Z jednej strony pojawia złość, wkurzenie, „Jak można być tak niesłownym!?”, „To ma być profesjonalizm!?”. Z drugiej zaś nadzieja, że może jednak rekrutacja się troszkę przeciągnęła i że nie wszystko jeszcze stracone…

Po kolejnym dniu oczekiwania nadzieja zanika – trzeba wziąć sprawy w swoje ręce i uzyskać obiecaną nam informację! Telefon lub mail – i o zgrozo! – nie zawsze tę odpowiedź uzyskamy (tutaj pewniejszy jest kontakt telefoniczny, korespondencja mailowa w takich przypadkach zawodzi).

Pozostaje pytanie „Co za ludzie tam pracują?”. Nie dotrzymując słowa, okazują w ten sposób całkowity brak szacunku kandydatom. Kandydatom, czyli ludziom, którzy tak bardzo liczą na pozytwyne wieści, a nawet jeśli wieści nie są zgodne z oczekiwaniami, po prostu chcą wiedzieć, na czym stoją. Niby prosta sprawa, a wielu rekruterów ma to głęboko w d. …

Więcej szacunku do ludzkich starań i poświęconego czasu – czy naprawdę tak ciężko to zrozumieć? Czy wykonanie tych paru dodatkowych połączeń lub kilka maili do wysłania więcej przekracza możliwości dzisiejszych pracodawców/ osób odpowiedzialnych za pozyskiwanie pracowników?

Jeśli pracownicy i potencjalni pracownicy nie będą szanowani przez swoich przełożonych, to ani zrewanżują się tym samym ani rzetelną i starannie wykonaną pracą… A to oznacza, że spirala wzajemnego braku poszanowania będzie się jeszcze bardziej nakręcać i negatywnie oddziaływać na cały rynek…

Jedna prośba: więcej szacunku.