Trochę o pracodawcach, możliwościach urzędów pracy, a na koniec dodam coś od siebie…

Pewnie niejednej osobie zarejestrowanej w urzędzie pracy przedstawiono jakąś ofertę stażu i wydano skierowanie do odbycia takowego. Początkowo wydało mi się to ciekawą opcją – jako osoba niedoświadczona uważałam, że udział w takim stażu jest dla mnie szansą. Na zdobycie doświadczenia, nowych umiejętności (i udoskonalenie tych już posiadanych) i oczywiście na jakiś zarobek. „Jakiś” jest tutaj dobrym określeniem. 816 złotych netto nie jest oszałamiającą kwotą – nie ukrywajmy. Jednakże przynajmniej płacą – w przeciwieństwie do praktyk i staży oferowanych przez korporacje i prywaciarzy, które w bardzo (niestety!) wielu przypadkach są nieodpłatne.

[Dlatego moim zdaniem jako wynagrodzenie za staż jest ono na dobrym poziomie – gdyby środki na to nie szły z puli publicznych pieniędzy, to na taką sumkę nie byłoby co liczyć. A dodatkowo jest to kwota jedynie o 400-500 złotych niższa niż to, co moglibyśmy zarobić pracując w innym miejscu – takie niestety są realia, że wiele osób zarabia w granicach 1000-1300 złotych na rękę miesięcznie.]

Po paru nieudanych próbach załapania się na taki staż z PUPu zaczęłam w to wszystko wątpić…

Skoro to staże są takim początkowym etapem ścieżki kariery zawodowej, to czemu głównymi powodami, dla których mi odmawiano był młody wiek i brak doswiadczenia?

Wraz z każdą nieudaną próbą moja wczesnobezrobotna naiwność zaczęła zanikać… Zrozumiałam, że to co miało być dla mnie szansą, jest zwykła fikcją.

Dlaczego?

Kasa, kasa, kasa…

Staż ten opłacany jest ze środków państwowych. Ot, cała filozofia. Pracodawca (chociaż nie zatrudnia nas, więc jest to nieodpowiednie słowo w tym przypadku) ponosi jedynie koszt badań lekarskich (coś około 100 złotych).

Ci „genialni” przedsiębiorcy szukają po prostu darmowych pracowników…  W ramach stażu poszukują osób, które wiele już potrafią i mają spore doświadczenie.

Jeśli z oferty, kóra ma być okazją do zdobycia doświadzczenia, korzystają ci takowe już posiadające, co w takim razie mają zrobić osoby będące w podobnej sytuacji do mnie?

Nie mam pretensji do ludzi, którzy są przyjmowani na te staże. Każdy chce pracować (nawet przez jakiś czas za taką stawkę). To nie ich wina, że tak przedstawia się sytuacja. Osobiście uważam to za niedopracowany element systemu.

Urzędy powinny móc stwarzać więcej możliwości skierowanych do różnych grup bezrobotnych.

Obecnie nie mają one wiele do zaoferowania – z rynku spływa znikoma część ofert. Pozostają więc prace interwencyjne i staże.

[Prace interwencyjne polegają na zawarciu z osobą bezrobotną umowy o pracę na 12-miesięcy. Umowa musi opiewać minimum na kwotę 1600 złotych brutto (płaca minimalna). Prawie 940 zł. tej sumy pokrywane jest z pieniędzy publicznych przez pierwsze 6 miesięcy trwania stosunku pracy.]

Chciałabym się skupić na stażach, a konkretnie jak by tę formę pomocy osobom bezrobotnym zdywersyfikować…

Myślę, że można by uzależnić poziom wkładu środków publicznych/ przedsiębiorstwa w wynagrodzenie stażysty, od jego doświadczenia zawodowego.

I tak mógłby się prezentować ten podział:

  • < 1 rok – 800zł/ 0 zł
  • 1-5 lat – 700/ 300
  • 5-10 lat – 600/ 600
  • > 10 lat – 500/ 900

Kolejno: doświadczenie zawodowe, wklad ze srodków publicznych w wynagrodzenie stażysty, wkład ze środków przedsiębiorstwa w wynagrodzenie stażysty.

Proponowane przeze mnie kwoty są kwotami netto. Najmniej doświadczeni mogliby otrzymać tyle samo, ile obecnie dostają stażyści zatrudnieni za pośrednictwem urzędu (oczywiście w rzezywistości jest to 816 zł. netto, ale dla uproszczenia i wygody przyjęłam okrągłe sumy).

Program dla pozostałych grup nazwałabym „pracami czasowymi” (określenie „staż” zachowałabym dla osób dopiero zdobywajacych doświadczenie). Trwałyby one również od 3 do 6 miesięcy, ale ze względu na większy dorobek zawodowy kandydatów, zrezygnowałabym z nazywania ich stażem.

Jednakw  przypadku „prac czasowych” pracodawcy musieliby współponosić koszty. Wykwalifikowanego pracownika nie można mieć za darmo. I – dodatkowo – im dana osoba większym doświadczeniem zawodowym może się poszczycić, tym większego zrobku oczekuje. Stąd również rosnący poziom wynagrodzenia.

Zdaję sobie sprawę, że moja propozycja może nie wydawać się zachwycająca. Stwarza jednak więcej możliwości. I mogłaby w jakimś stopniu ukrócić zapędy pracodawców do przyjmowania osób z dużym dorobkiem umiejętności w ramach stażu (co widoczne jest szczególnie w sezonie wakacyjnym, gdzie poszukują kandydatów na zastępstwo dla etatowych pracowników (co zdarzyć się nie powinno! – zatrudniony na etat nie może być zastępowany przez kogoś będącego na stażu)). A to wszystko za publiczne pieniądze… A! I – żeby było jasne – niewielu bezrobotnych po takim stażu zostaje zatrudnionych w miejscu, w ktorym ten staż odbywali. Co tylko potwierdza motywy przedsiębiorców: mieć dobrze wykonaną pracę, bez konieczności poświęcania większej uwagi stażyście (a przeciez to staże są od tego, żeby na nich przyuczać), i to za darmochę…

Pracodawca , chcący przyjąć osobę z dłuższym stażem pracy, musiałby w nią trochę zainwestować. Natomiast osoba dopiero wchodząca na rynek pracy, której zaproponowano odbycie takiego stażu, nie będzie musiała obawiać się, że polegnie na tym froncie z osobą z wieloletnim doświadczeniem.

Takiej różnorodności mi teraz brakuje.